I Festiwal Smaków Food Trucków w Szczecinie

Szczecin foodtruckiem zdecydowanie nie stoi. Owszem, mamy kilka mobilnych jadłodajni na naszych ulicach, parokrotnie przy różnych okazjach można było spotkać je w większej liczbie, ale brakowało mi wydarzeń znanych z innych miast, o których na tym blogu już pisano. Dlatego z radością przyjąłem informację, że Festiwal Smaków FOOD Trucków zawita w końcu w moim mieście!

Okazja ku temu nie byle jaka, gdyż festiwal był jedną z imprez towarzyszących szczecińskim Dniom Morza. Nie ukrywam, że to ucieszyło mnie jeszcze bardziej, gdyż zawsze brakowało mi czegoś dobrego do jedzenia podczas tej imprezy. Gotowana kukurydza, brudny grill czy chleb ze smalcem przestały być atrakcją już lata temu i Szczecin zasługiwał na coś lepszego. Jednocześnie byłem pewien obaw: czy taki tłum nie zaburzy przyjemności z jedzenia?

Lista wszystkich szamowozów była na tyle długa, że od początku zdawałem sobie sprawę, iż będę musiał dokonać ciężkich wyborów. Zaczęło się więc od planowania. W pierwszej kolejności zrezygnowałem ze wszystkich miejscowych propozycji. To nic osobistego, po prostu mogę do nich wstąpić w dowolnej chwili. Z góry założyłem też dwie wizyty, choć miałem świadomość, że i to nie wystarczy, aby spróbować wszystkich specjałów!

Piątek

Piątek

Na miejsce przybyliśmy koło 13:00, czyli trzy godziny po oficjalnym rozpoczęciu imprezy. Większość wozów już działała pełną parą, jednak kilka z nich dopiero się rozkręcało. Całe szczęście wszystko, co sobie na ten dzień zaplanowałem było już dostępne. Co mnie jednak najbardziej ucieszyło to fakt, że z racji pory dnia było jeszcze mało ludzi, więc nie musiałem nigdzie stać w kolejkach. Ale my tu gadu gadu…

Arabeska

Na pierwszy głód poszła pita. Nigdy w życiu nie jadłem falafela z prawdziwego zdarzenia, więc czemu nie teraz? Jako dodatki wjechały bakłażan i kozi ser. Po krótkiej chwili danie ląduje w moich rękach, jemy! Wiecie kto wymyślił, aby dodać miętę do tego dania? Ja też nie, ale był geniuszem. Nie ukrywam, że miałem dość spore oczekiwania, ale to co dostałem najzwyczajniej w świecie je przerosło. Nie twierdzę, że było to najlepsze jedzenie, jaki w życiu jadłem. Jednak jeśli z równie prostej w założeniu potrawy ktoś da radę wycisnąć więcej, to dzwonię do Liama Neesona. Falafel okazał się być strzałem w dziesiątkę. Nie traktowałem go jako zamiennik mięsa, po prostu miało być inaczej i jestem bardzo zadowolony. Do tego świeże warzywa, marynowana rzepa, dobrany przeze mnie kozi ser i bakłażan – całość naprawdę świetna. Dodatkowy plus za miłą obsługę! Minusy? Chyba mimo wszystko cena. Każdy dodatek kosztuje 2 pln, co w połączeniu z ceną pity dało w moim przypadku łącznie 20 pln. Gdyby była bardziej sycąca…

Arabeska

Belgijki

Belgijskie frytki, podobnie jak belgijska czekolada, to w zasadzie synonimy najwyższej jakości tychże wyrobów. Bardzo ucieszyła mnie więc obecność takiego foodtrucka na tym festiwalu. Pita już mnie trochę zaspokoiła, przede mną jeszcze sporo jedzenia, więc wybór padł na małą porcję (7 pln). Spośród kilku sosów do wyboru (2 pln), zdecydowałem się na andaluzyjski: czerwona papryka, białe wino, ketchup, majonez. Ledwo zdążyłem wrócić z napojem ze stoiska obok, a moje zamówienie było już gotowe. Dostałem zwykłe frytki z bardzo dobrym sosem. Miałem okazję spróbować też sosu riche i również był on bardzo smaczny.
Mimo wszystko to trochę za mało moim zdaniem jak za taką cenę. Szybka wizyta na facebookowej stronie Belgijek i bez trudu odnajdujemy zwyczajową cenę tego specjału: 6 pln + 1 pln. Na jakiś czas zostanę chyba jednak przy niebelgijskich frytkach.

Zdjęcie dzięki uprzejmości foodtrucka Belgijki

Zdjęcie dzięki uprzejmości foodtrucka Belgijki

Momo

Po frytkach przyszła kolej na następną pozycję z kuchni orientalnej. Nie miałem wcześniej za bardzo do czynienia z dim sumami, a o gotowanych na parze pierogach sporo już słyszałem. Wybór nie był wcale taki łatwy. Niestety wersji z warzywami nie było, mimo obecności tej pozycji w menu. Już? Jeszcze? Padło zatem na soczewicę z curry. Jak dla mnie bomba! Mogę się przyczepić tylko do tego, że pierogi leżały za blisko siebie i posklejały się, co w połączeniu z cienkim ciastem znacznie utrudniało jedzenie, ale jakoś sobie poradziłem! Miałem też okazję spróbować wersji z wołowiną – również bardzo mi smakowały. Cena za porcję to 15 pln.

momo
Spotkałem się z dość krytyczną opinią, że pierogi były jedynie rozmrażane na parze. Foodtruck to jednak tylko foodtruck, a nie dobrze wyposażona kuchnia. Zastanawiam się ile trzeba byłoby czekać na zamówienie, gdyby były one faktycznie lepione na bieżąco podczas festiwalu. Z tego co wiem w piątkowy wieczór czas oczekiwania wynosił nawet i 40 minut.

Pan Kasztan

Kolejna potrawa, która budziła moją ciekawość. Zupełnie nie wiedziałem czego się spodziewać, ale to część tej zabawy. Kasztany okazały się smaczne, pierwsze skojarzenie to takie słodkie orzechy na ciepło. W zimne dni raczej jednak odpadają – gdy tylko ostygły były bardzo trudne do obrania. Zdecydowanie polecam jako kulinarną ciekawostkę!

pan kasztan

Lubish Langosh

No dopchanie przyszedł czas na langosha. Ostatni raz jadłem te placki kilka lat temu, podczas muzycznego festiwalu w Czechach. Od tamtej pory miałem do nich ogromny sentyment, więc za cel postawiłem sobie zjeść choć jednego w ten weekend. Zamówiłem wersję klasyczną (12 pln) z dodatkową papryką jalapeno (2 pln). Langosh jest dokładnie tym, czym ma być – drożdżowym plackiem smażonym na głębokim oleju. Klasyczny to ser, do którego ostrość papryki pasowała bardzo dobrze. Nie ukrywam, że w moich wspomnieniach smakowały lepiej, ale i tu nie mam się do czego przyczepić.

Lubish Langosh

Sobota

Sobota

Niestety moje obawy się spełniły. O godzinie 16:00 ludzi było zatrzęsienie, wielometrowe kolejki po jedzenie, zbyt mało miejsc siedzących, przepełnione śmietniki. Cel był jednak jasny i zamierzałem go zrealizować.

Wheel Meal

Do tego foodtrucka ustawiła się chyba najdłuższa kolejka, sam odstałem w niej około godziny. Drugie tyle czekałem na swoje zamówienie. Tak, serio. Wszystkie te trudny wynagrodziła mi jednak moja chimichanga. Zamówiłem wersję normal z wołowiną (20 pln). Chrupiący placek wypchany był nadzieniem do granic możliwości. Choć jeden ze składników farszu wydawał mi się nieco zbyt słony, to całość i tak wypadła fantastycznie. Obok pity z Arabeski to bez wątpienia najlepsza rzecz, jaką jadłem na festiwalu. Chciałem spróbować także taco, niestety tej potrawy zabrakło.

Chimichanga

B. B. Kings

Tu kolejka była zdecydowanie mniejsza niż po wyroby kuchni meksykańskiej. Moim celem był Tomahawk – ważący ponad kilogram stek, który jest nowością w ofercie tych artystów grilla. Niestety w sobotę dostępny był tylko jeden i ktoś mnie ubiegł. Nie chcąc blokować kolejki zamówiłem pulled porka (20 pln). Chrupiąca ciabata, świeże warzywa i rozpływające się w ustach mięso – takie dzieło trafiło do mych rąk. Smakowało naprawdę dobrze, ale do dziś nie mogę pozbyć się wrażenia niedosytu. Powinienem jednak zamówić inny stek, lub chociaż burgera.

BB Kings - Pulled Pork

Fragola

Chciałbym powiedzieć, że na deser przyszedł czas na coś słodkiego. W rzeczywistości była to jednak przystawka, gdyż tu kolejka okazała się zdecydowanie najkrótsza. Przynajmniej oczekiwanie na dalsze jedzenie było przyjemniejsze! Bo świeże owoce polane gorzką czekoladą należą do bardzo przyjemnych rzeczy. Do wyboru była też czekolada mleczna i biała, kolorowe posypki bądź rozdrobnione orzechy. Samych owoców też sporo, a oprócz nich takie niespodzianki jak papryczka chilli czy camembert. Mój wybór padł na kiwi (9 pln) i banana (9 pln). Ciężko mi powiedzieć co było lepsze, ale skłaniam się chyba ku kiwi. Zdecydowanie polecam!

Fragola

Podsumowanie

Pierwsza edycja Festiwalu Smaków Food Trucków wypadła w moich oczach fantastycznie. Niestety zgodnie z moimi obawami tłum uczestników Dni Morza to za dużo na moce przerobowe kilkunastu wozów, które do nas zawitały. Bardzo chciałbym zobaczyć następną edycję jako samodzielną imprezę. Jestem przekonany, że Szczecinianie stawiliby się licznie, a przyjemność z jedzenia byłaby jeszcze większa.