Czarny motyl kuchni francuskiej – Le Papillon Noir

Restaurant WEEK to okazja do spróbowania wielu różnorodnych dań z kuchni lokalnej, jak i międzynarodowej. Smaki Azji, Włoch, Indii czy Polski to niemalże codzienność, którą możemy znaleźć w centrum Katowic. Jednak niewiele mówi się o „kulinarnej matce” ich wszystkich – Francji. Dlatego chcąc uciszyć swoją wewnętrzną Amelię postanowiłam wybrać się do Le Papillon Noir.

Po opisie menu wyglądało obiecująco, pobudzało moją wyobraźnię i wysoko postawiło poprzeczkę. Tak przygotowana udałam się do bistro zacząć swoją restauracyjną ucztę.

FIGA Z CEBULĄ

Przystawkę otrzymaliśmy niedługo po naszym przyjściu. Na stół wylądowała sałatka z kozim serem, konfiturą z fig, rukolą, przybrana parmezanem i kremem balsamicznym, a obok niej krem cebulowy z grzanką oraz zapiekanym serem. Dania, mimo że bardzo fotogeniczne, były mdłe, słodkie, nijakie – jak na mój gust mocno poprawne. W sałatce brakowało mi czegoś chrupkiego, natomiast w zupie francuskiego charakteru. Nie było jednak czasu na kręcenie nosem, bo niedługo po przystawce podano danie główne.

HAWAIAN CRÉPE

Po pierwszej rundzie zaczynałam powoli zniżać swoje oczekiwania, w obawie przed dalszym rozczarowaniem. Potwierdzenia moich obaw nie musiałam szukać daleko – obiad podano! Kurczak z kostką na puree z batata polany sosem miodowo-limonkowym był moim kolejnym wyborem. Samo mięso było smaczne, a ziemniak miał idealną konsystencję, jednak nikła ilość sosu lub przypraw sprawiała, że całości zabrakło jakiejkolwiek wyrazistości.

le-papillon-noir-piers-kurczaka

Z daniem mojego znajomego było podobnie. Jego wybór padł na naleśnik Marsylia z przecierem paprykowo-pomidorowym z kukurydzą, cebulą, oraz schabem i ananasem pokrytym serem żółtym. Nie uważam się za wyrafinowanego krytyka kulinarnego, ale uważam, że menu układał jakiś przeciwnik kuchni francuskiej i tutaj każdy rodowity Francuz przyznałby mi rację. Skupmy się jednak na plusach – mięso było odpowiednio soczyste. Koniec. Nie żartuję, całe danie nie dawało mi nawet cienia szansy na znalezienie innych jego zalet. Jedząc czułam się jak w osiedlowej naleśnikarni, gdzie w menu standardowo podają wytrawny naleśnik hawajski. To jak pizza z ananasem, którą znajdziemy w każdej pizzerii. Na swoją obronę dodam, że w opis tego dania na stronie wydarzenia był dosyć ubogi, a składniki podane kolejno w nawiasie. Nie różnił się on jednak tak bardzo od rzeczywistego obrazu, jak w przypadku kolejnego dania.

le-papillon-noir-nalesnik

W POSZUKIWANIU TARTALETKI

Po krótkiej przerwie, w której musiałam zebrać myśli i spisać swoje przemyślenia, przyszedł czas na deser. Całkowicie zmiażdżona dwoma poprzednimi daniami, chciałam już tylko zjeść, wstać i wyjść z lokalu zostawiając złe wspomnienia za sobą. Le Papillon miał dla nas jeszcze jedną niespodziankę. Czekoladowy mus z marakują, który dostałam był, jak reszta menu, bez kontekstu, ale to nie on zrobił na mnie największe wrażenie. Deser mojego towarzysza musieliśmy sprawdzać w internecie, gdyż w ceramicznej miseczce, która się przed nim pojawiła, był mus jabłkowy pod kruszonką posypaną płatkami migdałów. Pewnie się zastanawiacie co w tym dziwnego? A no to, że na stronie Restaurant Week czytamy o tartaletkach z sezonowymi owocami. Mam nadzieję, że w tym miejscu już wiecie skąd nasze zdziwienie, kiedy zamiast obiecanego ciastka dostaliśmy crumble.

CZARNY MOTYL KUCHNI

Na szczęście udało mi się spróbować obu menu zaproponowanych przez bistro, dlatego mogę szczerze powiedzieć: do Le Papillon ponownie wybierać się nie muszę. I dobrze, bo korzystając z chwili przerwy rzuciłam okiem na standardowe menu, które tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że z Francją bistro łączy tylko wysublimowana nazwa. A szkoda, bo zarówno wnętrze, jak i obsługa (którą w tym miejscu serdecznie pozdrawiam, ponieważ panie stawały na głowach żeby umilić nam czas) marnują tylko swój potencjał. Zabierając się za kuchnię francuską musimy pamiętać, że jest to kraj szkolący największych szefów gastronomicznego świata. Proszę więc właścicieli o odrobienie pracy domowej i przemyślenie czy chcą mierzyć wysoko, bo jeśli nie, to zalecam zmianę nazwy – „Pod Czarnym Motylem” brzmi równie dobrze.

Le Papillon Noir

Gliwicka 49, Katowice

MENU (niektóre pozycje):

Cebulowa – 9 PLN

Chevre (sałatka) -18 PLN

Naleśnik wytrawny Marsylia – 23 PLN


Zdjęcie główne użyte do wpisu pochodzi z serwisu RestaurantWeek.pl. Reszta zdjęć jest naszego autorstwa.

  • Nazwa dań i restauracji oraz zdjęcia – intrygujące. Szkoda, że smak nie poszedł z nimi w parze.

  • Jakoś kuchnia francuska nawet w teorii nigdy nie pobudzała mojego apetytu, choć pozostałe tematy francuskie uwielbiam (język, kino, muzyka, literatura). Po Twoim opisie zamówiłabym ewentualnie jakieś małże, byłaby szansa, że zapomną ich dodać ;)

  • Jak będę miał dłuższą przerwę na studiach i wrócę do domu to chyba też sobie zrobię taki Restaurant Week :) To musi być interesujące doświadczenie i przede wszystkim bardzo smaczne :)

  • A tak dobrze się zapowiadało … no szkoda, ale dzięki za recenzję i zdjęcia.

  • Pingback: O Pojedzonym słów kilka - Pojedzone()