Moodro Restaurant – Restaurant WEEK

Kurz po ostatniej edycji Restaurant Week opadł już na dobre. Taki festiwal to zawsze dobra okazja do odkrywania nowych smaków, więc wielu z Was również brało w nim udział zapewne odwiedzając miejsca, których wcześniej nie znaliście, albo które przygotowały coś specjalnego z tej okazji. Chciałbym podzielić się z Wami moimi wrażeniami z lokalu, w którym zawitałem po raz pierwszy. Dzisiejszy wpis będzie dotyczył Moodro Restaurant znajdującym się zaraz przy Muzeum Śląskim w Katowicach, a dokładniej na ulicy Dobrowolskiego 1a.

Wejście z klasą

Już na samym starcie się pogubiłem. Nie wiedziałem, że Moodro Restaurant i Moodro Bistro & Cafe to dwa zupełnie różne od siebie lokale. Pierwszy z nich to restauracja z prawdziwego zdarzenia.W drugim również można dobrze zjeść, ale panuje tam luźniejsza atmosfera. Na szczęście idąc z rezerwacją do bistro zaraz zostałem skierowany do właściwego lokalu, aby móc się rozkoszować jedzeniem.

modroo-tarta

Nie byłem samotny podczas tego “najścia”. Towarzystwo znajomego ze studiów pozwoliło mi skosztować pozycji z obu menu. Nie musieliśmy czekać długo na nasze pierwsze dania i zaraz po zajęciu stolika otrzymaliśmy swoje przystawki. Na start przypadła mi tarta z kukurydzą, chilli, kolendrą i limonką. Śmieszy mnie moja pomyłka podczas czytania menu. Byłem święcie przekonany o tym, że będą to tortille, a tu takie faux pas z mojej strony! Mniejsza zresztą o to. Kawałek tarty jaki otrzymałem był w sam raz na przystawkę, choć w smaku niestety nie powalał. Przez dużą ilość kukurydzy w niej zawartej smakował niczym popcorn. Na nic były chilli, kolendra czy też limonka… Nie były nawet wyczuwalne w smaku, przez co kukurydza absolutnie zdominowała talerz. Tarta totalnie nie przypadła mi do gustu i było to pierwsze rozczarowanie tego wieczoru.

modroo-salatka

Druga przystawka wypadła nieco lepiej. Była nią sałatka z pieczoną dynią, kurkami w miodzie pitnym z tymiankiem i zdrowym olejem rydzowym. W smaku było całkiem nieźle, brakowało mi tam jednak czegoś bardziej wyraźnego i jakichś aromatycznych albo pikantnych przypraw. Dobrze, że zaraz po entree czekał na nas main course bo czułem lekki niedosyt.

Przejdźmy do konkretów!

Złe smacznego początki. Miałem nadzieję, że po średnich przystawkach kuchnia wytoczy trochę większe działa. Nie pomyliłem się ani trochę! Jako pierwsze danie główne posmakowałem pieczoną pierś kurczaka ze świeżą czarną truflą z puree ziołowym i grillowaną czerwoną kapustą. Kluczowe było oczywiście mięso, które podano ze skórą co pozwoliło na zachowanie soczystości. Poza tym było bardzo delikatne, lekko oprószone pieprzem, a w połączeniu z dodatkami na talerzu smakowało naprawdę zacnie. Czarna trufla i puree ziołowe zafundowało moim kubkom smakowym niezły twist, oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Jedyne co nie pasowało do całości to grillowana kapusta. Zbędny dodatek nic nie wnoszący smakowo do reszty kompozycji, ale mimo to przyrządzone danie jak najbardziej zasługuje na duże pochwały. Odzyskałem nadzieję, że tego wieczora zjem jeszcze coś dobrego!

modroo-kurczak

Szybka wymiana talerzy pomiędzy mną a kolegą i nagle pod moim nosem znalazł się dorsz z musem z jabłka kiszonego (granny smith) i brukselką. Zazwyczaj mam duże oczekiwania wobec dań rybnych, ale ta tutaj spełniała je idealnie. Była bardzo delikatna, wręcz rozpływała się w ustach. Mus, no cóż, nigdy nie sądziłem, że tak dobrze może się komponować z rybą. Uwielbiam się tak pozytywnie i zarazem smacznie zaskakiwać! Jeśli miałbym wybrać faworyta spośród obu dań głównych miałbym niemały problem. Dla mnie obie pozycję powinny stanąć ex aequo na podium!

modroo-rybka

Na słodkie zawsze znajdzie się miejsce

To jeszcze nie wszystko, to jeszcze nie koniec. Zwieńczeniem wieczoru miały być oczywiście desery. Z festiwalowego doświadczenia wiem, że często desery są najmocniejszymi pozycjami w menu i potrafią załagodzić podniebienia po wcześniejszych daniach oraz osłodzić trochę niedoskonałości wieczoru. Pierwszy deser jaki degustowałem to  śliwki z kruszonką i lodami cynamonowymi, czyli potocznie crumble. Śliwki były lekko kwaśne, ale w połączeniu z ciastem i lodami były bardzo smaczne. Prosty, a zarazem dobry akcent na koniec wieczoru. Trochę gorzej wypadł pączek z dyni i batata z sosem korzennym, ale nie zmienił on mojej ogólnej oceny. Gdyby pączek byłby większy, a sos bardziej wyrazisty piałbym z zachwytu. Tak niestety nie znalazłem żadnych smakowych niuansów, które wyróżniałyby tego pączka od innych.

Raz na wozie, raz pod wozem

Moodro Restaurant to całkiem sympatyczny lokal na gastronomicznej mapie Katowic. O ile dania główne pozostawiły po sobie miłe wspomnienia, tak przystawki przywołują mieszane uczucia. W ogólnym rozrachunku myślę jednak, że warto spróbować i samemu się przekonać czy kuchnia w Moodro Restaurant zachęci Was do częstszych odwiedzin. Miejsce wydaje się idealnym na spędzenie bardziej uroczyste chwile z rodziną i nie tylko!